Witold Gombrowicz Iwona, księżniczka Burgunda reż. Cezary Tomaszewski

Scena:
Duża Scena
Czas trwania:
1h 50 min (bez przerwy)
Cena:
normalny: 70 PLN , ulgowy: 45 PLN

O spektaklu

To pierwszy tekst dramatyczny, który wyszedł spod pióra wielkiego cynika, Witolda Gombrowicza. Opublikowaną przed wojną opowieść o fikcyjnej rodzinie królewskiej, której ceremoniały i megalomania zostały obnażone przez bezwolną, nijaką, milczącą kobietę wziął na warsztat Cezary Tomaszewski, reżyser, choreograf i performer. Kim w jego interpretacji okaże się Iwona, w którą na scenie wcieli się Beata Schimscheiner?

Premiera: 6 czerwca 2021, Duża Scena.

Spektakl bierze udział w VII Konkursie na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej „Klasyka Żywa”.

14.06.2021 Księżniczka Burgunda z wesołego miasteczka. Cezary Tomaszewski zapętla Gombrowicza w Teatrze Ludowym
Joanna Targoń Gazeta Wyborcza

"To tak w kółko każdy zawsze" - to jedna z nielicznych kwestii panny Iwony Copek, późniejszej księżniczki Burgunda, w sztuce Gombrowicza. Cezary Tomaszewski najwyraźniej ujrzał w tych słowach klucz do swego spektaklu.

Akcja "Iwony, księżniczki Burgunda" u Tomaszewskiego zapętliła się i powtarza w kółko. Dwór podziwia zachód słońca, książę Filip spotyka rozlazłą Iwonę, pragnie się z nią ożenić, na skutek obecności Iwony z króla, królowej i dworzan wyłażą demony, po czym podczas uroczystej kolacji Iwona dławi się karaskiem w śmietanie. W spektaklu mamy to wszystko, tyle że nie raz, od początku do końca, ale jako sześć (o ile dobrze policzyłam) powtórek – z wariacjami. Już pierwsza scena jest esencją dramatu: Iwona (Beata Schimscheiner), bosa, w białej koszulinie i bufiastym renesansowym żakieciku stoi na scenie i bardzo długo przygląda się widzom. Z uśmiechem. Potem szast-prast zostaje osaczona i kończy w kolorowej zębatej zjeżdżalni rurze z boku sceny.

Teatr Ludowy: Kolejne zejścia w absurdalne rejony

Niby kończy – ale nie kończy, bo zaraz pojawią się król, królowa i dwór, którzy podziwiać będą zachód słońca, książę Filip (Paweł Kumięga) zainteresuje się Iwoną, Szambelan (tu w dwóch osobach, bo męskiej i kobiecej) cynicznie coś dopowie, koledzy księcia poobejmują się czule, Iza będzie rzucać na podłogę rozwijający się kłębek włóczki. Iwona będzie obecna – ale jakby jej nie było: owinięta w kołdrę, ukryta w zębatej paszczy zjeżdżalni, z rzadka wystawi (obronnie) nogi, jeszcze rzadziej pokaże twarz. Mordercze karaski jednak jej nie ominą – nie zadławi się nimi sama, zostanie brutalnie uduszona.

Kolejne powroty, kolejne kółka nie są identyczne – Tomaszewski za każdym obrotem schodzi w mroczniejsze i bardziej absurdalne rejony.

Piękna, milcząca Iza (Anna Pijanowska), kompulsywnie bawiąca się kłębkiem włóczki, przejmie rolę Iwony – to ją proszą, aby usiadła, i odsuwają krzesło, Iza się przewraca, śmieje się, wszyscy się śmieją, ale ta zabawa nie jest przyjemna, trwa na to za długo, zmienia się w dręczenie. Król Ignacy (Jan Nosal) i królowa Małgorzata (Katarzyna Tlałka) kilka razy ze znudzeniem wykonają (na tronie) swój małżeński obowiązek, królowa Małgorzata wyrecytuje swe wiersze, to znów Ignacy pięknie zaśpiewa arię Pucciniego ("Oh, mio babbino caro"), dwór będzie się bawił w różne warianty "mopsowania" (tu: popluwania). Iwona będzie kokosić się w swojej kołdrze, no i za każdym obrotem zostanie zaduszona.

Teatr: Bogate kostiumy pożenione z adidasami

Cała ta zabawa w "to tak w kółko" rozgrywa się w świecie będącym skrzyżowaniem upiornego wesołego miasteczka (zjeżdżalnia rura zakończona zębatą paszczą, w tyle sceny kartonowy zamek z basztami i zębaty tron) i staroświeckiego teatru (bogate historyczne kostiumy z magazynu teatru pożenione z adidasami, horyzont wymalowany w gotyckie mury z oknami). Co ważne, cały czas rozbrzmiewa muzyka wykonywana na fortepianie przez brodatego faceta (Przemysław Winnicki), który na początku wciela się w żebraka, a później czujnie śledzi akcję i towarzyszy jej muzyką (od operetek do Beethovena). Pianista, jak się wydaje, ma jakąś władzę nad spektaklem, bo rysuje kredą na ścianie kreski odliczające kolejne warianty.

Spektakl przypomina trochę ambitne ćwiczenie dramaturgiczne: jest ciekawie wymyślony, ale wynika z niego mniej więcej to samo, co można wydobyć z domowego czytania dramatu. Jeśli ktoś zechce się bawić w "znajdź różnice między kilkoma wariantami tej samej historii", będzie pewnie zadowolony. Ale – przynajmniej na premierze – zabrakło tego, co sprawiłoby, że uznalibyśmy taką wersję za najlepszą i odkrywczą. Czegoś, co skleiłoby wszystkie pomysły, grepsy i dowcipy w całość.

------------------------------------------

11.06.2021 Krępujące (bez)Iwonie
Piotr Gaszczyński e-teatr

O spektaklu Iwona, księżniczka Burgunda w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego w Teatrze Ludowym w Krakowie pisze Piotr Gaszczyński w Teatrze dla Wszystkich..

fot. Klaudyna Schubert
Iwona, księżniczka Burgunda w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego jest spektaklem, w którym zarówno aktorzy, jak i widzowie zostają poddani pewnej próbie. Pierwsi – mierzą się na scenie z bodajże najsłynniejszą milczącą postacią w polskim dramacie, drudzy muszą zrewidować swoje oczekiwania, wyobrażenia i dotychczasowe doświadczenia tego, jak przedstawiana wcześniej była gombrowiczowska księżniczka. Mówiąc krótko, spektakl w krakowskim Teatrze Ludowym traktuje o przemocy (zwłaszcza tej niewysłowionej, podskórnej) i co najważniejsze, przedstawia problem posługując się figurą Iwony, praktycznie bez Iwony.

Gra z Gombrowiczem zaczyna się już od samego początku spektaklu – ostentacyjnie kiczowata scenografia (co nie zmienia faktu, że urocza) daje jasny sygnał, że podobnie jak u autora Iwony…, najważniejsze jest to, co dzieje się między ludźmi a nie to, gdzie ma miejsce akcja. Twórcy zapraszają więc widzów do prowizorycznego, umownego parku rozrywki z makietą zamku, zjeżdżalnią zakończoną „straszną” paszczą i gigantyczną muchołówką pod ścianą. W takich okolicznościach poznajemy wszystkich dworzan z królem i królową na czele.
fot. Klaudyna Schubert
Choć dramaturgicznie akcja przedstawienia porusza się do przodu, w zasadzie nie odbiegając bardzo od swojego pierwowzoru (może poza kolejnością części wydarzeń), to w całym spektaklu uderza co innego. Tytułowa bohaterka przez, można śmiało powiedzieć, 95 % czasu przebywania na scenie (a jest na niej od prawie samego początku do końca) jest dla widzów niewidoczna. Chowa się pod kołdrą, umieszczoną w wylocie groteskowej zjeżdżalni. Co jakiś czas słychać jej płacz, pojękiwanie, zawodzenie, przywodzące na myśl kogoś w ciężkim stanie psychicznym, cierpiącego, zmagającego się z własnymi demonami. To porusza w krakowskiej Iwonie najbardziej – nie mamy do czynienia z dziewczyną, która wodzi za nos dworzan, prowokując ich do zrzucenia masek. Obserwujemy raczej dotkniętą przez przemoc istotę, której jest nam po prostu szczerze żal. Przy takim spojrzeniu na sytuację tytułowej bohaterki, wszystkie bardziej lub mniej śmieszne, głupawe teksty bohaterów atakujących Iwonę, stają się krępujące dla wszystkich słuchających. Widownia jest jak klasa, która milczy, podczas gdy szkolny oprawca pastwi się nad swoją ofiarą. Dowodem na to, że przemoc nie ma początku i końca, jest cykliczne powtarzanie niektórych scen, a zwłaszcza tej, w której Iwona „dławi się ością”, co w przypadku spektaklu Tomaszewskiego jest wielkim eufemizmem.

Mocną stroną przedstawienia jest muzyka, grana na żywo. Świetnie oddaje nastrój scen i wyznacza tempo spektaklu. Aktorzy Ludowego wypadają bardzo dobrze jako całość, najlepsze są te sceny, w których pojawiają się praktycznie wszyscy naraz. Energia, jaką potrafią wspólnie wytworzyć, jest wyczuwalna po drugiej stronie sceny.

Demaskowanie ludzkiej obłudy jako jeden z głównych tematów pierwszego dramatu Gombrowicza, w tym przedstawianiu realizuje się poprzez przemoc, przede wszystkim, za pomocą słów, niejako w „białych rękawiczkach”. Ran po słowach przecież nie widać, nie zostawiają śladów. Zawodzenie Iwony łatwo zaszufladkować jako histerię, wydumany problem, z którego można się śmiać.

Nie można. 

------------------------------------------

11.06.2021 Obecność niema
Izabela Pięta Dziennik Teatralny

Kiedy na fikcyjnym dworze królewskim pojawia się słabowita, wiecznie milcząca dziewczyna, zamkowa codzienność zdominowana przez potok bezsensownych często słów, zostaje zburzona.

„Iwona, księżniczka Burgunda" to dramatyczny debiut Witolda Gombrowicza. Tekst opublikowany w 1938 roku, doczekał się wielu teatralnych adaptacji, a najnowsza – w reżyserii Cezarego Tomaszewskiego – prezentuje poziom absurdu godny naczelnego przedstawiciela polskiej groteski.

W ramach żartu i pod wpływem przeczytanego horoskopu, książę Filip postanawia zaręczyć się z Iwoną – przeciwieństwem dworskiej piękności – dziewczyną dziwaczną, flegmatyczną i na swój sposób demoniczną. Para królewska nie podziela jednak entuzjazmu syna i w obawie przed skandalem postanawia pozbyć się niewygodnej synowej.

Na scenie dzieje się wiele już od pierwszych chwil spektaklu. Spośród wielu barwnych i ruchliwych bohaterów, wybijają się jednak dwie postaci kobiece – tytułowa Iwona (w tej roli Beata Schimscheiner) i Małgorzata (grana przez Katarzynę Tlałkę) oraz dwie postaci męskie – Ignacy (Jak Nosal) i Filip (Paweł Kumięga). Jednak mimo mnogości bardzo dobrze wykreowanych bohaterów, trudno poczuć dla któregoś z nich sympatię czy choćby litość. Rozhisteryzowana królowa-poetka i wulgarny król-morderca tworzą antypatyczną parę, a przyklaskujący im dworzanie dopełniają ten groteskowy obraz.

Jedną z najmocniejszych stron tej adaptacji jest niewątpliwie scenografia (Agnieszka Klepacka i Maciej Chorąży). Kolorowe, kiczowate wręcz, paszcze i oczy. Przypominający dziecięcą konstrukcję zamek. Te elementy mogą zaskoczyć widza, któremu obcy jest styl Gombrowicza, niemniej, wraz z udaną reżyserią światła – tworzą niezwykły, przerysowany świat absurdu. Za poczucie teatralności odpowiada szczególnie punktowe światło, które w odpowiednich momentach skupia się na istotnych osobach dramatu. Równie ciekawy jest system nieco filmowych cięć – między poszczególnymi scenami światło jest całkowicie wygaszane.

Kolejną ogromną zaletą jest muzyka „na żywo". Obecny na scenie pianista – Przemysław Winnicki niemal w całości odpowiada za oprawę muzyczną spektaklu. Na uznanie zasługuje też Jan Nosal, który wykonuje kilka partii śpiewanych w tle zabaw dworskich. Co niestety w spektaklu kuleje, to nierównomierne nagłośnienie. Odtwórczyni tytułowej postaci wyposażona jest w mikroport, mimo że nie mówi wiele. Choć ta decyzja jest uzasadniona, ponieważ Iwona wydaje z siebie szereg innych dźwięków, które zaginęłyby bez pomocy techniki. Natomiast szkoda, że posiadanie mikrofonu nie jest w spektaklu zasadą – zaledwie w kilku momentach aktorzy są wspomagani dodatkowym nagłośnieniem. Niektóre pojedyncze wypowiedzi umykały uwadze i słuchowi widza.

Kostiumy wykorzystane w spektaklu pochodzą z archiwalnych zbiorów Teatru Ludowego, a zostały zaprojektowane przez Elżbietę Krywszę, Annę Sekułę, Kazimierza Wiśniaka i Katarzynę Żygulską. Z uwagi na wielobarwność i bogactwo strojów, całość zyskuje dodatkowy bajkowy sznyt.

O dziełach Gombrowicza mówić trudno, tym bardziej jeśli zostały one przefiltrowane przez dodatkową, na przykład reżyserską, wrażliwość. Niemniej, sztuka Cezarego Tomaszewskiego spełnia oczekiwania (o ile można mieć jakieś oczekiwania wobec świata absurdu). W „Iwonie..." nonsens goni nonsens, a widz może dostać pomieszania zmysłów po kolejnym „zmartwychwstaniu" dziewczyny.

Ale o to chyba „w Gombrowiczu" chodzi?

Twórcy

Reżyseria: Cezary Tomaszewski
Dramaturgia: Aldona Kopkiewicz
Scenografia: Bracia (Agnieszka Klepacka i Maciej Chorąży)
Światło: Jędrzej Jęcikowski
Inspicjent: Anita Wilczak – Leszczyńska
Sufler: Martyna Rezner

W spektaklu wykorzystano kostiumy z archiwalnych przedstawień Teatru Ludowego zaprojektowane przez Elżbietę Krywszę, Annę Sekułę, Kazimierza Wiśniaka, Katarzynę Żygulską.

Obsada