Aktualności

Zobacz wszystkie aktualności
15.04.2015

WYBRAŃCY BOGÓW UMIERAJĄ MŁODO, LECZ PÓŹNIEJ ŻYJĄ WIECZNIE W ICH TOWARZYSTWIE

Reżyser Piotr Sieklucki z dużym wyczuciem podobierał aktorów do poszczególnych ról, biorąc pod uwagę także ich warunki wokalne. Choć zarówno Mercedes Benz w wykonaniu Anety Wirzinkiewicz (Janis Joplin), jak i gitarowe utwory Ryszarda Starosty (Jimi Hendrix) brzmią koncertowo, to jednak nie ma sobie równych Dominik Rybiałek (Kurt Cobain), kiedy brawurowo wykonuje utwór Rape Me Nirvany. Świetnie sprawdził się również towarzyszący aktorom zespół muzyczny (czyt. więcej)

źródło: teatralny.pl

http://teatralny.pl/artykuly/autor/magdalena-figzal,229.html

 

Życie i krótka kariera Amy Winehouse w tekście Marii Spiss i spektaklu Piotra Siekluckiego stanowią punkt wyjścia dla opowieści o najbardziej tragicznych biografiach muzycznych XX wieku. W Amy. Klub 27 fragmenty burzliwych życiorysów splatają się jednak z muzyką – to ona w dużej mierze buduje dramaturgię przedstawienia.

Spektakl Siekluckiego w Teatrze Ludowym dzieli się na dwie części. Pierwsza z nich, utkana ze strzępów biografii Amy Winehouse, rozgrywa się w trochę staroświeckiej, aczkolwiek wytwornej scenerii: purpurowe, udrapowane zasłony, podest pokryty czerwonym dywanem oraz umieszczony na nim dużych rozmiarów fotel-tron (na nim w kilku scenach zasiada Amy-diwa). Po prawej stronie na pierwszym planie stoi jeszcze kuchenny stół i krzesła – ten niewielki wycinek domowej, rodzinnej przestrzeni zdecydowanie kontrastuje z pozostałymi elementami dekoracji. To właśnie przy stole będą miały miejsce zdarzenia, które odcisną głęboki ślad na psychice Amy (Wiktoria Węgrzyn): nieudane próby nawiązania dialogu z matką Janis (Beata Schimscheiner) i ojcem Mitchem (Tomasz Schimscheiner), nieustanne kłótnie rodziców i wreszcie odejście Mitcha Winehouse’a. Kuchenne sceny zarysowują też toksyczne relacje między całą trójką – głęboką, ale i destrukcyjną dla obu stron więź Amy z ojcem, a także bierną w tym rodzinnym życiu rolę matki (przy jednym z obiadów Mitch symbolicznie knebluje jej usta).

Piotr Sieklucki, podążając za tekstem Marii Spiss, nie próbuje przedstawiać kompletnej biografii Amy Winehouse – z jej tragicznego życia wybiera kilka motywów, wokół których buduje akcję swego spektaklu. Głównym tematem staje się zatem wątek rodzinny – dzieciństwo oraz okres dojrzewania, a także rozpaczliwe próby poszukiwania przez Amy własnej tożsamości. Następnie przychodzi kolej na jej miłość do muzyki oraz uzależnienie od używek.

Poszczególne obrazy pojawiają się w przedstawieniu jako reminiscencje – zaburzony zostaje ich porządek chronologiczny i rozmyte granice między kolejnymi etapami życia piosenkarki. Nie zmienia się jedynie Wiktoria Węgrzyn grająca postać Amy – ubrana jest cały czas tak samo: w kusą czarno-białą sukienkę, odsłaniającą biust i tatuaże, oraz czerwone szpilki, które w stanach alkoholowego upojenia natychmiastowo zrzuca. Jej głowę zdobi oczywiście wielki czarny kok, przystrojony kwiatami bądź czerwoną chustką. Już sama charakteryzacja aktorki robi wrażenie, jednak dopiero w połączeniu z gestem, sposobem poruszania się, a przede wszystkim głębokim, lekko chropowatym głosem kreowana przez nią postać nabiera życia. Fizjonomiczne podobieństwa lub różnice między Wiktorią Węgrzyn a Amy Winehouse właściwie schodzą na dalszy plan. Najważniejszy staje się natomiast pewien specyficzny sposób obecności scenicznej, jaki prezentuje młoda aktorka – obecności nieprzewidywalnej i jednocześnie niesłychanie wiarygodnej. Węgrzyn bardzo dobrze radzi sobie z ukazywaniem zmieniającej się psychofizycznej kondycji swej bohaterki, a do tego świetnie śpiewa. Amy, którą widzimy w pierwszych scenach spektaklu, głośno mówi o tym, co ją boli, dotyka, a także o tym, czego pragnie. Buntuje się przeciwko otaczającej ją rzeczywistości, w czym pomaga jej muzyka – od początku poszczególnym sytuacjom dramatycznym towarzyszą piosenki: You Know I’m No Good, Rehab, Love Is a Losing Game, wreszcie Back To Black. Śpiew staje się sposobem wyrażania siebie, dopóki funkcji tej nie przejmą narkotyki i alkohol – w końcowych scenach pierwszej części stosunek wokalistki do rzeczywistości jest już niemalże całkowicie obojętny. Węgrzyn jako Amy cały czas doskonale balansuje pomiędzy stanem całkowitego zamroczenia a nagłymi przebłyskami świadomości – raz jest nieobecna (jak w trakcie zainscenizowanego wywiadu telewizyjnego i następującego tuż po nim koncertu), innym razem w agresywny sposób wyraża swe emocje.

Pewne tematy są w spektaklu szczególnie eksponowane, zwielokrotnione, ukazane w procesie nieustannego formowania się (relacja Amy z ojcem). Inne z premedytacją pomijane bądź ukazywane z mniej oczywistej perspektywy (wątki miłosne). Ten subiektywny wybór historii z życia wokalistki, spisanych przez Marię Spiss i przedstawionych przez Piotra Siekluckiego, jest intrygujący, tym bardziej że sporządzony jakoś na przekór oczekiwaniom widza. Nie oglądamy więc wielkich skandali z udziałem Amy, zaś problem uzależnienia artystki objawia się przede wszystkim w bezsilności Mitcha i jego rozmowach z lekarzem prowadzącym terapię odwykową. W spektaklu nie pojawia się także wątek wielkiej i tragicznej miłości Amy do Blake’a Fildera-Civila – zastępuje go za to namiętny romans piosenkarki z inną kobietą (finezyjnie wytańczony w duecie z Patrycją Durską).

Jedną z najbardziej tragicznych scen spektaklu – wieńczącą zresztą jego pierwszą część – jest koncert Amy Winehouse w Bydgoszczy, który w rzeczywistości nigdy się nie odbył. Wyimaginowany show poprzedza wywiad z artystką, przeprowadzony przez bezwzględnego dziennikarza (Jacek Strama). Po serii niefortunnych pytań, między innymi o kwestie tożsamościowe i żydowskie pochodzenie Amy, pijana wokalistka siłą wypchnięta zostaje na scenę. Nieudany koncert, podczas którego Amy chwieje się i nie pamięta tekstu, przypomina ten rzeczywisty z Belgradu – jeden z ostatnich publicznych występów piosenkarki.

Łącznikiem między zwieńczoną koncertem-katastrofą pierwszą częścią spektaklu a jego drugą, „metafizyczną” odsłoną, jest piosenka Amy z repertuaru Marii Peszek, którą wykonuje niewidoczny wcześniej na scenie zespół muzyczny. Utwór o „najsmutniejszej dziewczynie na świecie” stanowi rodzaj przejścia od świata żywych do świata umarłych – do zaaranżowanego w niebie „Klubu 27”.

W części drugiej całkowicie zmienia się nie tylko scenografia (niebanalny projekt Łukasza Błażejewskiego), ale i nastrój opowieści. Wcześniejsze traumy zastąpione zostają sytuacyjnym komizmem i towarzyszącym mu czarnym humorem. Oto bowiem w pośmiertnym klubie spotykają się legendarni, zmarli w wieku dwudziestu siedmiu lat muzycy: Jim Morrison, Jimi Hendrix, Janis Joplin i Kurt Cobain. Ich klub nie przypomina jednak rajskiego ogrodu, a raczej popkulturowy śmietnik: wokół budynku opuszczonego motelu walają się resztki przydrożnych reklam, sterty gazet, foliowe worki, skrzynki po piwie i kubły na śmieci. W takiej scenerii witają Amy poszczególni artyści – każdy z nich opowiada swą historię. Brzmią one podobnie – za każdym razem przewijają się w nich bowiem te same motywy: rozbita rodzina, trudne dzieciństwo, problemy z akceptacją siebie i wreszcie narkotyki, alkohol, śmierć. Sieklucki celowo ucieka jednak od dramatycznego tonu pierwszej części i kreuje tu skontrastowany z nią obraz groteskowego „raju niepokornych”, którego mieszkańcy żyją bezstresowo, według rock’n’rollowych zasad. Jedną z nich jest nieprzezwyciężona miłość do muzyki – sceny, w których poszczególni bohaterowie grają swoje numery, należą do tych najbardziej emocjonujących. Reżyser z dużym wyczuciem podobierał aktorów do poszczególnych ról, biorąc pod uwagę także ich warunki wokalne. Choć zarówno Mercedes Benz w wykonaniu Anety Wirzinkiewicz (Janis Joplin), jak i gitarowe utwory Ryszarda Starosty (Jimi Hendrix) brzmią koncertowo, to jednak nie ma sobie równych Dominik Rybiałek (Kurt Cobain), kiedy brawurowo wykonuje utwór Rape Me Nirvany. Świetnie sprawdził się również towarzyszący aktorom zespół muzyczny.

Amy. Klub 27 nie jest typowym spektaklem biograficznym, nie mieści się też w kategoriach standardowego widowiska muzycznego – choć obficie czerpie z obu form. To spektakl hybryda, w którym najbardziej tragiczne doświadczenia młodych muzyków przekute zostają na język teatralny i muzyczny równocześnie, poszerzając tym samym pole ich interpretacji. Sieklucki nie daje gotowych odpowiedzi na pytania, które rodzą się podczas spektaklu – rzuca jedynie światło na wybrane epizody z życia członków „Klubu”. Sam finał przedstawienia – którego szczegółów nie zdradzę – zdaje się potwierdzać jedynie, że „wybrańcy bogów umierają młodo, lecz później żyją wiecznie w ich towarzystwie”.

Popularne

Obrazek
09.05.2011

GDZIE SŁOWA SIĘ KOŃCZĄ, TAM MUZYKA SIĘ ZACZYNA

Zapraszamy 14 maja o godz. 19.00 - wstep wolny Belteatro Associazione Professionalità Spettacolo - GOŚCINNIE NA SCENIE POD RATUSZEM Koncert-spektakl na głosy i lutnie poświęcony twórczości braci Galilei

Zobacz więcej